Co Mongoł trzyma w kanistrze, czyli zapiski z dalekiej podróży (część II)

wtorek, 2 lutego 2010 roku. 21:29

 

Rzecz o tym, jak są urządzone mongolskie domostwa, co się pije na wycieczkach szkolnych i z czego żyją miejscowi policjanci.

 

Pomimo komfortowych warunków w mongolskim pociągu i naprawdę szczelnych okien, zaraz po przebudzeniu wcześnie rano, czuło się chłód. Mongolski chłód. – Duże amplitudy temperatur – pomyślałem. – Turyści z Polski – pomyślała temperatura.

Na dworcu w Ułan Bator jedni po raz pierwszy wypili sutej caj, czyli tradycyjną słoną herbatę, inni wzięli się za wysyłanie kartek do ojczyzny (doszły jeszcze przed powrotem, kto by się spodziewał), jeszcze inni wyruszyli wymieniać euro i dolary na mongolskie tugriki. Jakoś wtedy wszedłem do kiosku pod dworcem, by spytać gdzie jest ichni stadion narodowy. Rozmowa mniej więcej wyglądała tak:

– Staaadion Naaadam? (pokazanie dwóch kierunków i mina w kształcie znaku zapytania)

- ???

– Staaadion Naaadam?

- Aaaaa! Stion natm! (i pokazanie kierunku)

Zaryzykowałbym tezę, że Mongołowie nie mówią, w sensie - nie wymawiają wyrazów. To są raczej dźwięki. I to bardzo krótkie dźwięki.

 

Najgorsze drogi świata i najlepsi kierowcy świata

Plan był taki: jedziemy busami do wodospadów, stamtąd pieszo do Karakorum i jakoś z powrotem do Ułan Bator. Najpierw jednak trzeba było się dostać z mongolskiego PKP na mongolski PKS. Obsługiwały nas dwa busy, oczywiście oba były przeładowane. Okrutnego pecha miał jednak tylko kierowca naszego. W ciągu pięciu minut jazdy, policja zatrzymała go... dwa razy! Primo – za tonę bagaży na dachu, secundo – chyba za przekroczenie prędkości. Prawdopodobnie gość musiał więcej dać na łapówki niż na nas zarobił. – To nie był jego najlepszy kurs – skomentowano.

Ale i trójka naszych dzielnych wędrowców w okolicy dworca, po opróżnieniu pęcherza, stała się lżejsza nie tylko o jego zawartość. Panowie policjanci chyba właśnie na tego typu sprawach wyrabiają sobie w Mongolii dniówki.

Pierwsze zakupy w mongolskim markecie oczywiście musiały się skończyć na kupnie kumysu, czyli tradycyjnego mlecznego napoju alkoholowego. Zabawne, że większości na początku nawet smakował, ale po chwili zaczęliśmy zastanawiać się, jak na ten specjał zareagują nasze polskie żołądki. Ale oczywiście kumys sklepowy był gorszy niż ten jurtowy. Jednak o tem – potem.

Gdy w końcu doczekaliśmy się aż przyjedzie drugi obsługujący nas UAZ (rosyjski samochód terenowy), rozpoczęliśmy rajd Paryż-Dakar, czyli Ułan Bator – wodospady. Powiedzieć, że trzęsło, to mało powiedzieć. Napisać, że kierowcy dokonywali tymi furami cudów, to nic nie napisać. Abstrahując od faktu, że zamiast sześciu godzin jechaliśmy dwanaście, a kierowca prowadząc (przeprawiając się przez rzeki!) oglądał jednocześnie gołe panny na komórce, to wyprawa była – palce lizać. A przy tym wyszło to całkiem tanio (w przeliczeniu jakieś 20 zł na osobę? możliwe?).

Po drodze w Karakorum była wizyta w sklepie i pierwszy zakup mongolskiego piwa. Była też przerwa na posiłek w jakimś „przydrożnym” (drogi, powiadacie, tia...) zajeździe. Zabawne było to, że zamówiłem to samo co druga osoba, a zamiast mięsa dostałem... zupę.

Przede wszystkim było to jednak pierwsze zetknięcie z cudownymi mongolskimi krajobrazami. Z naturą często nieskalaną ludzką ręką. Z powietrzem przejrzystym na wiele kilometrów. I z jurtami pojawiającymi się na horyzoncie co jakiś czas. Mongolskie chatki początkowo budziły sensację i choć z czasem człowiek się do nich przyzwyczaił, to ciągle frapującym pozostawało to, że Mongołowie potrafią je złożyć w ciągu jakiejś godziny i powędrować dziesiątki kilometrów, osiedlając się na miesiące czy lata w innej okolicy.

 

Jurty z numerkami

W okolice wodospadów dotarliśmy o drugiej w nocy. Tzn. wtedy jeszcze pewności nie mieliśmy, że wodospady są blisko. Wysadzono nas zaraz obok hostelu z jurtami. Zajęliśmy kilka jurt (każda miała numer pokoju na drzwiach) i tak dzięki gapiostwu kierowców przespaliśmy tę jedną noc w okrągłych chatkach. Uroczo, uroczo…

Nie wiem czy Mongołowie też tak mają, ale my jedząc śniadanie w jurcie przy otwartych drzwiach, nagle spostrzegliśmy szykującą się do konsumpcji naszych kanapek... owcę. To się nazywa bliskość człowieka i natury.

Woda przy wodospadzie była okrutnie zimna, miała pewnie jakieś cztery stopnie. Zrobiliśmy pranie, co odważniejsi się wykąpali i wkrótce mogliśmy ruszyć w wędrówkę do Karakorum.

Przy wodospadzie znajdowało się owoo – kurhan, rodzaj mogiły czy kopca ze sterty kamieni, obwiniętych niebieskimi (zawsze niebieskimi!) wstążkami czy szmatami. Mongołowie układają owoo albo w miejscach bardzo pięknych (krajobrazowo, mają ich pod dostatkiem) albo w miejscu czyjejś śmierci. Załóżmy optymistycznie, że owoo przy wodospadzie powstało z tych pierwszych pobudek.

 

Mongolska gościnność

Po pierwszym dniu wędrówki rozbiliśmy się nad rzeką i rozpaliliśmy ognisko, które widocznie przyciągnęło dwóch Mongołów. Na ile to było możliwe, kilka osób się z nimi porozumiewało, a miejscowi też byli uprzejmi (- Niech stopy tego człowieka będą mocne – skomentowali ładny śpiew naszego obozowego barda). Jeden z Mongołów zaprosił pięć osób do siebie na chatę, tfu, jurtę. Nim wybrańcy dotarli na miejsce, szli naprawdę długo. W końcu oczom ukazała się  zagroda ze zwierzętami i całe gospodarstwo. Gospodarz pokazał kozy urodzone dwa dni wcześniej, ogólnie był bardzo sympatyczny. Dwóch typów napotkanych w jurcie nie wzbudzało już jednak tak miłych odczuć. Dla nich pojęcie gościnności wiązało się przede wszystkim z prezentami od gości. Szybko wyszło na jaw, że chcieli papierosów. Dostali po jednym.

Gospodarz otworzył jurtę i zaprosił do środka. Na lewą stronę skierowali się, zgodnie z tradycją, mężczyźni. Wszyscy usiedli i... zapadła cisza. Lody przełamano przy kolejno podawanych, miejscowych specjałach: maśle i dwóch miskach kumysu. Kumys smakował oczywiście inaczej niż ten kupiony w sklepie. Poczęstowano też twarożkiem, ajragiem (wódką) i zupą... mięsno-mleczną.

Skarby domu stanowiły dwa stare karabiny - Mausery. Przy ołtarzyku buddyjskim paliła się jedna świeczka, poza tym w jurcie było ciemno. Mongołowie są rodzinni, więc nie minęło wiele czasu, nim zaczęło się pokazywanie zdjęć. Było też zażywanie tabaki i dalsza wymiana prezentów. Gospodarze dostali mapę, a goście oprócz podarków w postaci kilku ziemniaków umówili się na rano na krótki kurs jazdy na mongolskim koniu.

Mongołowie to bardzo gościnny naród. Gdyby nasza grupa była mniejsza, sądzę, że kilka osób spokojnie codziennie znalazłoby nocleg w napotkanych jurtach.

 

Przechodniu, powiedz Mongołom...

Podczas wędrówki, kultowa była scena, gdy minęła nas para Mongołów na motorze. Po chwili zawrócili, by... spytać nas o drogę! Po wskazaniu kierunku, wdzięczni zdjęli kanister z bagażnika i pokazali by się z niego napić. W pierwszej chwili wszyscy z dystansem odnieśli się do pomysłu żłopania benzyny, ale gdy okazało się, że kanistry służą Mongołom – jakże inaczej – do przewożenia ukochanego kumysu, zrobiło się dużo weselej.

Choć nie, kultowych scen było więcej. Na swojej drodze spotkaliśmy też wycieczkę szkolną z opiekunami. Ale cóż to była za wycieczka! Zaczęło się od częstowania kumysem i archi (wódką mongolską), a już po chwili tubylcy zaproponowali... zapaśniczą walkę. A że zapasy to w Mongolii sport narodowy, Azjata szybko pokonał dzielnego przedstawiciela naszej grupy. Potem było ognisko, pokaz poloneza, pokaz ichniejszego poloneza i śpiewy i tańce. Był też zmasowany atak kumysem, czyli kolejne podawane miski i dolewki z kanistra. I nikomu nie przeszkadzało, że jedni drugich nie rozumieją.

W końcu dotarliśmy do Karakorum. Po wyczekiwanej wizycie w sklepie, wieczór spędziliśmy na smakowaniu (?) mongolskich piw, o wdzięcznych nazwach Borygo i Jamal Khar.

„Nowe” Karakorum to tak naprawdę miasteczko, czy nawet wioska - choćby z wodą przynoszoną z jakiegoś centralnego punktu. By móc brać prysznic w miejscu noclegu, synek właściciela „posesji” musiał wnosić wodę w wiadrach i wlewać ją do zbiornika znajdującego się nad łazienką.

 

Lepiej słuchać wyjącego Mongoła niż zwiedzać Ułan Bator

Ślady „starego” Karakorum ostały się przede wszystkim w postaci kompleksu świątyń Erdene Zuu. A w świątyniach głośne (i niezrozumiałe dla nas) buddyjskie modlitwy, młynki, wizerunki Buddy itd. Za murem otaczającym świątynie znajdował się pomnik żółwia – najstarsza zachowana część Karakorum.

Wieczorem wybraliśmy się na... koncert. Mongolski Janko Muzykant grał na tradycyjnych  mongolskich instrumentach, których nazwy nie sposób powtórzyć (w stylu cytra z włosiem jaka itd.). Pierwsze pieśni wywołały tłumiony z olbrzymim trudem śmiech, ale z czasem piosenki zaczęły wpadać w ucho, a na bis poprosiliśmy utwory o Czyngisie i o koniach. Gdyby ktoś mi powiedział, że pójdę na koncert mongolskiego grajka, chyba zabiłbym klienta śmiechem. Zaraz, zaraz, czy nie tak samo zareagowałbym dwa lata temu na hasło „wyjazd do Mongolii”...

O podróży nie można powiedzieć, że była nazbyt luksusowa, za to ubaw był naprawdę spory w momencie, gdy okazało się, że Mongołowie toreb czy pakunków zbyt dużych ze sobą nie mają, za to każdy obowiązkowo ma ze sobą kanister z Wiadomo Czym. Natomiast śmiech, ale przez łzy ogarnia człowieka podczas takich scen, jak ta już po dojechaniu do Ułan Bator. Nasza grupa czekała na dalsze podwiezienie na dworzec, a wszyscy Mongołowie spakowali toboły i opuścili bus. Po chwili do środka wróciła Mongołka i zaczęła czegoś gorączkowo szukać. Szukała, szukała i znaleźć nie mogła. Kierowca też się rozglądał i nic. W końcu, z ostatniego siedzenia autobusu podniosła... kilkunastomiesięczne dziecko! Według relacji świadków, gość (ojciec? to słowo raczej nie jest na miejscu), który miał je pilnować, podczas trasy bardziej interesował się kumysem. No i wychodząc, o kanistrze nie zapomniał, o dziecku już tak...

Co do Ułan Bator, to chyba miano najbrzydszej stolicy świata, będzie w pełni zasłużone. Nieporządek, nieład, by nie powiedzieć syf. Takie określenia się nasuwają. I nie chodzi tu tylko o brud na ulicach, bo z tym nie było w sumie aż tak tragicznie, ale o ogólne nieuporządkowanie. Brak ładu przestrzennego. Wysokie budynki stały obok niskich, nowe obok starych, brudne obok czystych itd. Wart zobaczenia na pewno był plac przed parlamentem z pomnikami Czyngisa i Sucha Batara, po drodze pomnik Beatlesów (to oni byli z Mongolii?!) i stion natm, czyli stadion nadaam. Ten jednak zobaczyliśmy tylko z zewnątrz i to z daleka.

 

Bayarlalaa

I tak, spędziliśmy tydzień w Mongolii. Było warto. Dla zapierających dech w klacie widoków, dla jurt, dla uśmiechniętych i miłych Mongołów, dla (mimo wszystko!) kumysu, dla napotkanej wycieczki, dla satysfakcji z przebytego dystansu, dla sain bai nuu (dzień dobry) i bayarlalaa (dziękuję). I dla wielu innych.

 

BARTOSZ NOSAL

 

Można wysłać do maksymalnie 3 osób. Adresy e-mail oddzielone ";"

Komentarze:

Brak komentarzy!
Twój może być pierwszy!