Główny problem z programami telewizyjnymi o podróżach jest taki, że nie tylko muszą zaciekawić, ale też sprawić, by widz przestał zadawać sobie pytanie: „Dlaczego ta denerwująca prezenterka może tam być, a ja nie?!” Nie zawsze się to udaje. Niektórych programów po prostu nie da się oglądać z przyjemnością.
Ostatnio natrafiłam na „Esencję podróży”, do której już raczej nie wrócę. Dlaczego? Z powodu prezenterki, która sprawia wrażenie, że bardziej niż krajem, jaki ma zaprezentować, przejmuje się tym, jak wygląda. Dałam jej drugą szansę - próbowałam obejrzeć jeszcze raz i nic. Znowu to samo uczucie, że na wizję wpuścili kogoś, kto jedzie tylko po to, żeby się opalić i pochwalić przed znajomymi.
Zagraniczni prezenterzy są sztuczni, stroją typowe, nudne miny, a ich programy zasadniczo wiele się od siebie nie różnią. Wyjątkiem od tej reguły jest Ian Wright. Prowadzony przez niego odcinek „Obieżyświata” o Las Vegas był zaskakująco wciągający i pełen ciekawostek. Wright ma frajdę z podróżowania, a sławne kasyna pokazuje z punktu widzenia… osoby uzależnionej od hazardu. Jego poczucie humoru mnie rozbraja.
Za to polskie programy są zupełnie inne niż te zagraniczne. Tutaj prezenterzy nie udają, że znają się na modzie, nie wylegują przy hotelowych basenach. Pokazują inną - dla każdego Europejczyka - rzeczywistość. I o to właśnie chodzi. O podróżowanie z pewną dozą informacji nie tylko o lokalnych pubach, ale także o kulturze, historii, geografii.
Przychodzi mi na myśl niewygodne stwierdzenie, że zagraniczne, zwłaszcza brytyjskie, programy są robione tak, jak kasowe filmy z Hollywood - dla masowego widza, jaki zadowoli się ujęciem kościoła, który już wiele razy pokazywano w innych dokumentach.
KASIA STOPA
Twój może być pierwszy!