Odkąd zaczęłam studia wiedziałam, że chcę wziąć udział w wymianie międzynarodowej i studiować przez semestr za granicą. Kiedy dowiedziałam się, że przeszłam kwalifikacje, byłam wniebowzięta - udało się, jadę na Erasmusa!
Leeuwarden to małe miasto położone w północnej części Holandii, w regionie fryzyjskim. Liczy około 86 tys. mieszkańców, lecz mimo tego znajdują się tutaj aż trzy wyższe uczelnie. Na jednej z nich, Noordelijke Hogeschool Leeuwarden, zaczęłam wymarzone studia za granicą. Pierwsze co mnie uderzyło po przyjeździe, to sam budynek uniwersytetu. Nowa część, oddana do użytku dopiero miesiąc temu (tak, wiedziałam, kiedy się tutaj zjawić) została wybudowana wokół starszej części uczelni. Nowoczesna budowla, z dużą stołówką, przestrzennymi oknami w salach, specjalnymi miejscami, gdzie można usiąść i przygotowywać różnego rodzaju projekty naprawdę robi wrażenie. Jednak zanim rozpoczęliśmy zajęcia trzeba było posmakować tego innego, mniej oficjalnego życia studenckiego.
Najpierw obowiązek potem przyjemność?
Nie, tutaj było na odwrót. Wyjazd do Holandii zaczął się od udziału w Introduction Week. Przygotowany przez organizację studencką ESN Leeuwarden oraz NHL pozwolił na poznanie innych studentów biorących udział w wymianie międzynarodowej, jak i na zapoznanie się z miastem i uniwersytetem. Czekało na nas zarówno oficjalne powitanie jak i mniej formalne imprezy w miejscowych pubach i klubach. Jednego dnia zostaliśmy zaproszeni na lunch, innego na obiad, obydwa zafundowane przez uniwersytet w zamian za przedstawienie czegoś o krajach, z których pochodzimy. Tak więc były włoskie i fińskie piosenki, węgierskie powiedzenia, meksykańskie słodycze, belgijskie placki, krótki pokaz amerykańskiego cheerleadingu, koreańskie zawody w chwytaniu pałeczkami ryżowych kulek, a nawet francuskie wino.
Jedną z atrakcji przygotowanych przez ESN był obiad, podczas którego mieliśmy okazję spróbować przepysznych naleśników w restauracji „Pannekoekschip". Jak sama nazwa wskazuje, nie był to zwykły lokal w przeciętnym budynku, lecz na statku. Tak, niektóre ze skojarzeń związanych z Holandią to właśnie kanały. Nie brakuje ich też w Leeuwarden, a jeden z nich otacza centrum miasta. Jeśli przyczepiasz swój rower do stojaka (?) usytuowanego blisko kanału lepiej uważaj, żeby nie przeżyć tej samej przygody co pewien Francuz. Rower wpadł mu do kanału, a on próbując go wyciągnąć wpadł za nim... A jeśli o rowerach mowa...
Holenderskie zwyczaje
W Holandii bez roweru ani rusz! Pierwsza rada jaką usłyszeliśmy od holenderskich studentów: „Kupcie szybko rowery, bo inaczej wszędzie będziecie musieli chodzić pieszo". I mimo że po mieście jeżdżą autobusy to nikt o nich nie wspomniał. W każdym domu jest chociaż jeden rower, wiele osób jeździ do pracy lub do szkoły na rowerze i to bez względu na pogodę. Lało jak z cebra, ale ruch na ścieżkach rowerowych nie był ani trochę mniejszy! Wyprzedzanie, korki na przejściach, znaki „ustąp pierwszeństwa" albo informujące, że znajdujesz się na głównej drodze. Wszystko to sprawia, że czasami czujesz się tak, jakbyś jechał samochodem. Tylko zimny wiatr powodujący odmrożenie uszu, kiedy jedzie się bez czapki, przypomina, że to jednak wciąż jest rower. Zresztą, bardzo cenny. Za nowy trzeba zapłacić średnio 400 euro. Dobrą alternatywą dla oszczędzających studentów są używane za około 50 euro.
Holendrzy mieszkają głównie w małych domach, bardzo często są to szeregowce. Co je odróżnia od polskich to przede wszystkim duże okna, w których rzadko są zasłony czy chociażby firany. Domy są także usytuowane bardzo blisko ulicy co sprawia, że jeśli zerkniesz przypadkowo w bok, możesz zobaczyć mężczyznę czytającego gazetę czy bawiące się dzieci. Niestety, po tym zerkaniu widać też, czy jesteś miejscowym czy przyjezdnym, ale mogę zapewnić, że po tygodniu nie jesteś już zaszokowany tym faktem i powoli staje się to normalne. Szczególnie wtedy, kiedy we własnym pokoju również nie masz zasłon...
Główny cel: studia!
Wyjazd w ramach programu Erasmus to świetna okazja do poznania innych kultur, szlifowania języka, ale przede wszystkim, szansa na doświadczenie, jak wyglądają studia za granicą. Nie myślcie, że skoro studiujecie w obcym języku, to czekają was ulgi taryfowe. Już na pierwszych zajęciach usłyszeliśmy dobrą radę: „Jeśli czujecie, że wasz poziom angielskiego nie jest dobry, uczcie się go już od pierwszego dnia!" Ostrzeżono też, że na koniec semestru czekają nas egzaminy. Nie wszyscy studenci znają ten system, więc dla niektórych było to szokiem. Jeśli chodzi o mnie, bardzo dobrze znam uroki naszych polskich sesji... Drugie ostrzeżenie dotyczyło bardziej aspektu kulturowego. Pokazano nam fazy, przez jakie będziemy przechodzić począwszy od fazy turysty (O, jakie śliczne domy, zrobię zdjęcie!) poprzez fazę „nienawidzę tego kraju" i „szok kulturowy", a skończywszy na akceptacji nowej kultury. Lecz kiedy wracasz do domu - uwaga - może okazać się, że wszystko zaczyna się od nowa, bo to, co spodobało ci się tutaj, nie jest normalne w twoim kraju. W której fazie ja teraz jestem? Oj, zdecydowanie w fazie turysty (niech tak pozostanie, to wspaniałe uczucie!). W końcu mój wyjazd dopiero co się zaczął, jest jeszcze tyle do zobaczenia (plus tyle do nauki) i tyle cech holenderskiej kultury do poznania (plus tyle słówek z angielskiego do nauczenia). A moja rada dla innych? Jeśli tylko masz szansę spędzenia semestru za granicą, wykorzystaj to. Po dwóch tygodniach jestem pewna, że nawet mimo fazy „nienawidzę tego kraju", z pewnością będzie to niezapomniany czas.
KASIA STOPA
Wnioski na nową edycję programu Erasmus można składać do 5 marca.
Twój może być pierwszy!